LOFOTY

LOFOTY. Czy na odludziu można się odczłowieczyć?


Dzień dobry! Dziś będzie o tajemniczej wyprawie, z której zdjęcia od dawna są na tym blogu, ale w związku z pojawieniem się miłośników moich historyjek – wracam do nich z opowieścią. Gorąca kawusia, świeczki z Ikei i jedziemy na naprawdę daleką Północ.
PROLOG.
Ostatnio pisałem, że ptasia wyspa Runde leży na końcu świata. Kłamałem. Na końcu świata leżą Lofoty. Wpisujecie tę dziwną nazwę w Googlach, klikacie w zakładkę "grafika" i krzyczycie – „Wooow, Andrzej pakuj się! Jedziemy do Norwegii!”. Potem klikacie w zakładkę "mapy" i zaczynacie srollować... scrollować... scrollować... aż pojawi się Polska. „A nie, Andrzej, pomyłka... Jednak Chorwacja...”
Bo Lofoty leżą naprawdę daleko. Nawet większości samych Norwegów tam nie było. Mamy XXI wiek, zapewne połowa z Was była już na wakacjach 
w Tajlandii, czy z wizytą w Chicago u wujka z Moniek i długie dystanse nie robią na Was takiego wrażenia. Ale tu nie chodzi o odległość mierzoną 
w kilometrach, czy godzinach lotu. Ale o odległość metafizyczną, cywilizacyjną, biologiczną... nie wiem, które słowo najbardziej tu pasuje. 
Zacznijmy od początku. Skąd pomysł?
WIARA.
Sierpień, 2013 roku. Polsko-norwesko-katolicko-protestancki ślub z Vilduś w pięknym, drewnianym  kościółku w Oslo. Mało brakowało, a udzielałaby go kobieta, co prawdopodobnie sprowadziłoby na mnie – ministranta z 10-letnim stażem – ekskomunikę. Ale nie. Był pastor. Co nie zmienia faktu, że w protestanckim kościele ślub to nie sakrament, więc w oczach rodzimych hierarchów nadal żyję w nieformalnym związku z obcą kobietą i pójdę do piekła. Tak przynajmniej niektórzy życzliwie mnie upominają do dzisiaj (naprawdę).
No cóż… życie (a raczej śmierć) pokaże, co tam komu pisane, a ja po prostu staram się żyć głęboko i miło. Wróćmy więc na ziemię. Żeby było ciekawiej, zamiast rozpisywać się o weselu opiszę Wam historię naszej ślubnej karocy.
LIMUZYNA.
Tydzień przed ślubem mówię do przyszłego teścia: „Øivind (to jego imię) – nie chcemy żadnej  limuzyny, szkoda pieniędzy, moja Mazduszka z 2006 roku (niebita, pierwszy właściciel) też czarna, zagra lincolna. Przecież nie o luksusy tu chodzi, najważniejsze są miłość i zdrowie, wiadomo.” Niby zrozumiał. Po nabożeństwie pod drzwi kościoła podjeżdża jednak Ford Mustang z 1965 roku. Czerwony, cabrio, 350 koni. Za kierownicą elegancki szofer w kaszkieciku i białych rękawiczkach. Celuję w teścia pełne autentycznego zdziwienia i fałszywego rozczarowania spojrzenie, po czym podekscytowany ładuję Vilduśkę na tylną kanapę. Pędzimy z wiatrem we włosach przez wzgórza Oslo, miło gawędząc z dystyngowanym kierowcą. Po około 15-minutowej przejażdżce zatrzymaliśmy się w leśnym parku z jeziorkiem, szofer nalał nam do kieliszków szampana, po czym dyskretnie udał się na bok, pozwalając młodej parze na pierwszy małżeński spacer. Po dojechaniu pod weselny pałacyk podziękowaliśmy serdecznie kierowcy za niezwykle elegancką (i zapewne kosztowną) usługę. Jak tylko zniknął za topolami podbiegłem podekscytowany do teścia: „Øivind (przypominam, to jego imię) skąd wytrzasnąłeś taką furę? Z wypożyczalni? Ile to kosztowało? Kim był w ogóle ten przebrany koleś?”
Na co teściu z rozbrajającym uśmiechem - „To był mój szef z pracy.”
Powyższa scenka bardzo dużo mówi na temat Norwegów.
NORDLAND.
Wracamy do Lofotów. Jak się zapewne domyślacie wybraliśmy je na cel naszej podróży poślubnej. Skoro jesteśmy w Norwegii, mamy samochód 
i koperty z wesela… to raz w życiu się tam wybierzmy. „Tak Øivind, wiemy, że to bardzo bardzo daleko. Ale szczęśliwi czasu nie liczą, nawet jeśli mają do przejechania 1300km w jedną stronę”. Szczęśliwi jesteśmy do dzisiaj, ale czas wtedy liczyliśmy - przemieszczając się ze średnią prędkością 70km/h przez ponad 2 dni… Trasa z Oslo na północ jest jednocześnie zachwycająca i nużąca. Po kilkudziesięciu godzinach jazdy jesteś tak odurzony pięknymi widokami, że trochę się znieczulasz. Ale polecam mimo wszystko. Znudzić się pięknymi widokami? Życzę każdemu:)
Po dojechaniu do Bodø ruszyliśmy w rejs promem (wybudowanym w gdańskiej Stoczni Remontowej, szacunek!) do miejscowości Moskenes na Lofotach.

Lofoty to taki ogromny skalisty półwysep za kołem podbiegunowym. Bez paniki, w sierpniu nie ma tam śniegu, a woda nie zamarza. Zresztą 
w styczniu też nie. Dzięki ciepłemu Golfsztromowi wody wokół Lofotów nie zamarzają nigdy, a średnia roczna temperatura jest tam ponoć wyższa, niż w Oslo. Matka Natura to urwis. I właśnie dzięki odporności na mrozy tereny te były w historii tak atrakcyjne militarnie. Pamiętacie Narvik? To właśnie te okolice.
Co sprawia, że półwysep ten wygląda tak zachwycająco? Góry tworzą tam pasmo zwane Ścianą Lofocką i nie tracą czasu na geologiczną subtelność. Wulgarnie wystrzeliwują z morskich głębin pionowo w górę, przez co z dystansu wyglądają jak monstrualna szczęka rekina. Strome skały i woda. Nic pomiędzy. W ten sposób przyroda nawet z drogowców uczyniła artystów. Na Lofotach każdy kilometr asfaltu to dzieło sztuki. Każdy zakręt, most, czy tunel jest obłędnie fotogeniczny. Prowadząc samochód czujesz się, jakbyś był w grze komputerowej, w której jedynym ograniczeniem projektantów była ich wyobraźnia, a głównym celem – ciągłe utrzymanie Twojej ciekawości.









I tak mógłbym jeszcze długo pisać m.in. o:
- olbrzymich i pustych piaszczystych plażach, z wyrzuconymi kośćmi wielorybów… 
- o wielorybich safari, podczas których masz gwarancję spotkania morskiego potwora (rybacy mają aparaturę do „nasłuchiwania” waleni), albo darmową wyprawę następnego dnia...
- o niesamowitym muzeum wikingów w wiosce Borg! Ponad 30 lat temu pewien rolnik tak ambitnie zaorał ziemię, że wykopał wioskę sprzed półtora tysiąca lat. Obecnie można tam podziwiać gigantyczną hallę – odrestaurowaną i pieczołowicie umeblowaną siedzibę wodza, naturalnej wielkości łodzie wikingów, ogromną kolekcję eksponatów, posłuchać koncertu muzyki dawnej. Słowem - przenieść się w czasie.
Ale nie o atrakcjach turystycznych będę Wam tu pisał. Dzisiaj opowiem o naszym koledze Bjørnie.
BJØRN.
Zadzwoniliśmy do niego z pytaniem, czy ma wolne pokoje w swojej wiosce o dźwięcznej nazwie Å, znajdującej się dokładnie na samiutkim koniuszku Lofotów. (Å to ostatnia litera norweskiego alfabetu, czyli to tak, jakby Zakopane nazwać „Ż”). Bjørn szczęśliwie miał wolny pokój. Co więcej - Bjørn miał całą wioskę. Okazało się, że praktycznie wszystkie te piękne, czerwone domki zanurzone drewnianymi nogami w wodzie przy nabrzeżu - od wieków należą do jego rodziny. Jak na norweskiego arystokratę i milionera przystało, Bjørn jeździł pordzewiałym audi A4, miał na sobie znoszony, roboczy sweter, kalosze i 3-dniowy zarost.
Dobra, pauza, ustalmy coś. Kto wymyślił hasło „3-dniowy zarost”? Szczecina, która u mnie kiełkuje przez dobre 2 miesiące, u mojego kolegi Alka pojawia się po 3 godzinach. Ktoś tempo wzrostu-zarostu uśredniał? 3-dniowy zarost… bez sensu…
No więc Bjørn miał po prostu brodę. Początkowo wzięliśmy go za miejscowego rybaka-fantastę, sceptycznie odnosząc się do opowieści o jego szlacheckim urodzeniu. Kolejne dwa dni rozwiały nasze wątpliwości.
Å.
Po pierwsze – skąd pomysł na domki z filarami zanurzonymi w wodzie? Lofoty, jak wspominałem, to głównie skały i woda. Czyli chroniczny brak choćby skrawka płaskiego terenu, na którym można by postawić jakąś małą przetwórnię ryb, czy uprawiać ogródek. Norwegowie wykorzystali więc zmyślny patent polegający na stawianiu przybrzeżnych domków rybackich na drewnianych palach. Dokładnie jak w Wenecji. (Wiecie, że w Wenecji wszystkie te kamienne pałace stoją na drewnianych palach, prawda?) Czy te słupy nie gniją w wodzie? Bjørn wyjaśnił nam, że zgniłyby właśnie wtedy, gdybyśmy je z tej wody wyciągnęli, po zabójczym dla nich kontakcie z powietrzem. A tak trwają przez lata zakonserwowane w słonej toni. No fizykiem, ani biologiem nie jestem, mój mózg nie chce przyjąć takiego wytłumaczenia, ale fakt faktem – to działa. A Wenecja i Å mają się świetnie. (No dobra, Wenecja się topi i gnije, ale to z innych powodów).




Bjørn oprowadził nas po swoich włościach. Pokazał kutry, małe muzeum rybołówstwa, bardzo stare i jedyne na Lofotach byłe więzienie (dokładnie pod naszym pokojem), a na koniec – najważniejszy niegdyś budynek w mieście. Domek… w sumie nie wiem kogo – burmistrzów, sołtysów? 
W każdym razie praprzodków Bjørna, którzy stamtąd właśnie przed laty sprawowali władzę. Niezwykłe doświadczenie - wędrujesz przez tydzień po pustkowiu za kręgiem polarnym i nagle prosto z cuchnącego rybami nabrzeża wchodzisz do perfekcyjnie zachowanego i umeblowanego saloniku 
z XIX wieku. Ponad stuletnie meble, świeczniki, albumy ze zdjęciami, portrety przodków (te bokobrody!!:)), fortepian, wypchany orzeł, stalowe kajdany, niebieska tapera... Pieczołowita scenografia. 
I nasz przewodnik-kustosz tak niepasujący swoim wyglądem do tego miejsca…











Drugiego dnia Bjørn zabrał nas do sąsiedniej wioski Tind (też należącej do jego rodziny, nowy nabytek, kto bogatemu zabroni), gdzie w jednym ze starych sklepików zorganizował swoje małe prywatne muzeum. Z okolicznych domków pozbierał masę różnorodnych starych przedmiotów. Puszki po jedzeniu, konserwy, pudełka, gazety, kieliszki, talerze, kasy, maszyny do szycia, zdjęcia, plakaty, zbiorniki na paliwo, butelki po alkoholu z XIX wieku (!). Rewelacja.



Prawdziwa podróż w czasie. Gdybym podczas wędrówki znalazł choć jedną z takich rzeczy, czułbym się jak Indiana Jones. A tam leżały ich sobie setki, zamknięte w drewnianej szopie na starą kłódkę.
Znudziła Was opowieść o słodkich, norweskich wioseczkach i lokalnych zbieraczach staroci? To co powiecie na rozdział o seksie?:)
ORGIE.
Z góry zaznaczam – poniższa historia została nam opowiedziana przez samego Bjørna. Dość szczątkowo, chaotycznie, z niedopowiedzeniami… Sporo na pewno umknęło w tłumaczeniu norwesko-angielsko-polskim. Usłyszeliśmy też tylko jeden – jego punkt widzenia, więc o reporterskiej rzetelności tu mówić nie mogę. Ale piszę, co usłyszałem, zostawiając Was z przemyśleniami.
Otóż nasz gospodarz zaprosił nas ostatniego wieczoru na małe winko w jednym ze swoich starych „rorbuer” (tak nazywają się te drewniane rybackie chatki), zapalił świeczki, zrobił nastrój. Pogadaliśmy o Polsce, ślubie, pogodzie, itd. Po kilku solidnych łykach wina, już bardziej ośmielony, zaczął swoją przedziwną historię…
Bjørn nie wychował się na Lofotach. Większość życia spędził w Oslo, więc nie czuje się rdzennym mieszkańcem archipelagu i na lokalnych mieszkańców patrzy z dystansem. Sprowadził się tutaj kilka lat wcześniej, gdy jego ojciec z powodów zdrowotnych nie mógł już dłużej zajmować się biznesem. Spośród licznego rodzeństwa obowiązek opieki nad dobytkiem przypadł właśnie Bjørnowi. Mieszka tu z dorastającą córką… i to o nią martwi się najbardziej.
Okazuje się bowiem, że mieszkańcy tych terenów to… niezłe zboczuchy. Ponoć do lokalnej tradycji należą tu grupowe orgie, dzielenie się 
z sąsiadami współmałżonkami, czy dojrzewającym potomstwem. Rozwiązłość seksualna pełną gębą. Zaznaczył też, że my jako turyści absolutnie tego nie odczujemy i nie dostrzeżemy, gdyż mieszkańcy są bardzo dyskretni i zachowują wyraźny podział na „swoich” i „przyjezdnych”, więc nie mamy się czego obawiać. On sam stał w szpagacie, czując wyraźną presję ze strony miejscowych.
Historia dziwaczna. Może znudzony pustelniczym życiem Bjørn chciał po prostu dać upust swojej wyobraźni i ponabijać się z łatwowiernych nowożeńców? Jednak mniej więcej rok po naszej podróży trafiła mi w ręce niezwykła książka. (Dodam, że sprezentowana przez Alka, tego od szybkiego zarostu...;)) Reportaż Jutro przypłynie królowa” Macieja Wasielewskiego. Polecam, bo to opowieść zaskakująca, przerażająca i niestety prawdziwa.
Pamiętacie stary film „Bunt na Bounty”? Oparta na faktach historia dziewięciu brytyjskich żeglarzy, którzy pozbyli się swojego kapitana, ukradli mu statek, porwali dwanaście kobiet z Tahiti i osiedlili się na małej wyspie Pitcairn na środku Pacyfiku. Dokładnie w połowie drogi między Nową Zelandią, a Ameryką Południową. Do domu wracać nie chcieli, bojąc się karzącej ręki prawa. Był to rok 1790. Obecnie żyje tam około 50 ich potomków... Pitcairn uchodzi za jedno z najpiękniejszych, ale i najbardziej odizolowanych miejsc na Ziemi. Bo jej mieszkańcy, mimo że oficjalnie podlegają Wielkiej Brytanii, bardzo nie lubią gości i cenią sobie izolację. Przynajmniej było tak jeszcze do bardzo niedawna. O mieszkańcach wyspy zrobiło się głośno, gdy kilka zdesperowanych kobiet przestało milczeć. Ruszyły procesy sądowe, otwierające puszkę Pandory…
Autor książki dotarł na wyspę pod przykrywką antropologa (Polak potrafi!:)). Miejscowi dość szybko połapali się w jego prawdziwych zamiarach 
i po zaledwie 9 dniach pobytu grzecznie skrócili mu wizytę. Zdołał on jednak zebrać fascynujący materiał opisujący tragedię kobiet, którym przyszło tam mieszkać. Fajnie napisaną recenzję (autorstwa pani o tanecznie brzmiącym pseudonimie „Isadora”) odnalazłem na portalu lubimyczytac.pl, w komentarzach pod opisem książki. Pozwolę sobie przytoczyć co pikantniejsze akapity, czując, że lepiej bym tego sam nie ujął:):
„W rzeczywistości, skrzętnie ukrywanej przez tubylców przed światem, wyspa jest więzieniem, a rządzi nią terror. Jej mieszkańcy od dziesięcioleci muszą podporządkowywać się bezwzględnym, niepisanym prawom regulującym stosunki społeczne 
i międzyludzkie, wynikającym z geograficznej i historycznej izolacji. Ucieczka stąd jest praktycznie niemożliwa, nie istnieje prywatność - wszyscy wiedzą o sobie wszystko, niczego nie da się ukryć, a jednocześnie żaden sekret nie może opuścić wyspy. 
A Pitcairneńczycy mają sporo do ukrycia. O wydarzeniach na wyspie wie każdy, bo każdy miał z nimi w taki czy inny sposób do czynienia, jednak nikomu nie wolno o nich opowiadać światu; zdrada jest surowo karana. I żeby było jasne, mówimy 
o współczesności.”
I dalej:
„Kulturowa izolacja, oderwanie od korzeni, samowola i poczucie bezkarności zaowocowały moralną degrengoladą utrwalaną przez stulecia, która znalazła wyraz w przerażającym zwyczaju przekształconym w społeczną normę. O tragicznej sytuacji pitcairneńskich dziewcząt świat dowiedział się w 2004 roku, kiedy kilka z nich zdecydowało się przerwać zmowę milczenia 
i opowiedzieć o gwałtach, jakich na wyspie przez długie lata doświadczały kilkuletnie nawet dziewczynki. Zapoczątkowała je grupa najsilniejszych mężczyzn na wyspie zwanych Chłopcami, a wkrótce przywilej ten rozciągnął się na cała męską populację. Sieć wzajemnych zależności i przysług doprowadziła do społecznego przyzwolenia na gwałty, traktowane jako spłata zaciągniętego długu (pomoc przy budowie domu, przy zbiorze owoców, uratowanie życia). Gwałcono nawet własne krewniaczki (wyjątkiem były stosunki ojciec - córka, ale często zdarzało się, że tatuś udostępniał córkę bratu czy sąsiadowi licząc na odwzajemnienie przysługi), było to zachowanie powszechne, praktykowane przez całe pokolenia, którego nie uniknęła żadna kobieta na wyspie. Procesy sądowe, jakie ruszyły po pierwszych oskarżeniach, były farsą, podobnie jak wyroki. Rodziny, które zdecydowały się wystąpić przeciwko wspólnocie i zeznawać, spotykały się z groźbami i innymi szykanami, jako Judasze plasując się najniżej w społecznej hierarchii Pitcairneńczyków”.
I na koniec:
„ Pitcairn jest metaforą społeczeństwa, które zatraciło zasady moralne niemal niezauważalnie, a doprowadziły do tego lata izolacji, chowu wsobnego, negacji kultury, obojętności innych. To studium zła, do jakiego zdolny jest człowiek bezkarny, oderwany od korzeni kulturowych i moralnych”.
ŻEBY NIE BYŁO.
Nie mówię oczywiście, że na Lofotach jest aż tak źle. Pitcairn to przykład ekstremalny. Ale może dzięki temu pozwala nam to na lepsze zrozumienie działania „mechanizmu izolacji”? Czy ludzie oderwani od cywilizacji i wszelkich systemów prawnych (a przede wszystkim od systemu karnego) - są aż tak podatni na, mówiąc za Leśmianem, „zdziczenie obyczajów”?
Słyszeliśmy o słynnym eksperymencie więziennym profesora Zimbardo, w którym „zwykli” ludzie przerażająco szybko i łatwo wchodzili w role katów, gdy mieli poczucie całkowitej bezkarności… Dlaczego na Lofotach, czy w innych wyobcowanych miejscach miałoby być inaczej? Wiem, że przestępczość i seksualność to dwie różne sprawy, ale jednak w obu przypadkach chodzi o "zakazany owoc", który kusi...
Pewnie powiecie – chwileczkę, Lofoty to część Norwegii, a nie jakaś samotna wysepka na Pacyfiku… Jest prąd, zasięg komórkowy, stacja benzynowa. Racja. Ale poza tym życie tutejszych mieszkańców naprawdę znacznie odbiega od średniej norweskiej. Nie ma szpitala, najbliższy sklep spożywczy większy od naszej Biedronki znajduje się w Bodø, do którego dostaniesz się jedynie promem, albo helikopterem. Lądem można dotrzeć do Narviku, ale to 6 godzin jazdy samochodem przez góry, więc na ostry dyżur raczej nie zdążycie na czas. Pracy, poza rybołówstwem 
i nieliczną turystyką, praktycznie nie ma. Przez pół roku  panują ciemności i mróz. Zimą słońce wygląda znad horyzontu na godzinkę, nieśmiało zagląda do okien, po czym chowa się na kolejne 23 godziny…
Wyobraźcie to sobie – jest styczeń. Przez 6 miesięcy budzicie się i zasypiacie z czernią za oknem, a codzienność oświetlacie sztucznym światłem. Nie ma kina, restauracji, galerii handlowej. Macie tylko swój dom, psa, telewizor i dziką naturę*. No i swoje życiowe potrzeby. Na lofockim Tinderze wybór niewielki. Do tego wokół sami sąsiedzi lub rodzina. Jeśli nawet kogoś interesującego wyszukasz – gdzie pójdziesz na pierwszą randkę?
Ja bym zbzikował.
Jak w takich warunkach budować relacje? Jak przejść przez okres dojrzewania? Jak szukać intymności i dyskrecji w miejscu, gdzie wszyscy wszystkich znają i wszystko o innych wiedzą? Im dłużej o tym myślę, tym bardziej zwyczaje mieszkańców opisane przez Bjørna wydają mi się – jeśli nie zrozumiałe – to przynajmniej mniej szokujące. Efekt bezludnej wyspy. Jesteś sam z odpychającą panią Rozbitkową. Normalnie kijem byś jej nie tknął. Ale jeśli wokół nikogo więcej… A nocą zimno.. Nie przytulisz?
(Debatowałem o tym długo z Vilduś. Ona mówi, że nie ma szans, nie przytuliłaby brzydala, choćby nie wie co. Ja niby też nie... ale nie wiem… Zapraszam wiec do dyskusji – „Czy tknę brzydkiego, gdy w pobliżu nikogo innego?”)
;)
W Norwegii miasta położone są od siebie bardzo daleko. Z powodu ukształtowania terenu brak tu dróg szybkiego ruchu. Wymiana mieszkańców była więc zawsze niewielka, a język norweski rozwijał się niejednolicie w całym kraju. W efekcie każde większe miasto wykształciło swój własny, specyficzny dialekt. Vilduś spacerując po Oslo potrafi wysłyszeć, z którego dokładnie miasta pochodzą przechodnie. 
(Albo "przechodzą pochodnie".
Przepraszam, mam figlarny nastrój.)
Może dotyczy to nie tylko języka? Może Ci odizolowani geograficznie ludzie wykształcili zarówno własny dialekt, tradycje, zwyczaje, ale też… własny kodeks moralny, zasady współżycia? Taka zbiorowa, niepisana umowa. Ciekawe, czy takie zjawisko zaobserwowano gdzieś jeszcze?
Nie wiem, czy powyższą opowieścią zachęciłem Was do odwiedzenia Lofotów, czy przeciwnie... Ale bez obaw – miejscowi są dla turystów przesympatyczni i sprawiają wrażenie normalnych;) Lofoty to magiczne miejsce. Jego górsko-oceaniczno-polarny klimat naprawdę działa na wyobraźnię. Widocznie w jakiś specyficzny sposób działa też na wyobraźnię mieszkańców…😊
EPILOG
Na Ziemi jest dużo pięknych miejsc. Niestety rozwój turystyki zabija to, co w podróżach najpiękniejsze – poczucie wolności, ciszy i bliskości natury. W ciągu ostatnich kilku lat byłem w Barcelonie, Wenecji, Londynie, Oslo, Marakeszu i ilość ludzi na metr kwadratowy przekracza już tam granice przyzwoitości… Nawet pozasezonowa pora roku, czy wczesnoporanna godzina nie uchronią przed tłumem turystów. On się rozszerza we wszystkie strony, w czasie i przestrzeni.
A może jest tak, jak stwierdził ostatnio nasz przyjaciel Mateusz – może zdziczeliśmy z Vilduś od tych wyjazdów do Norwegii i mamy mniejszą tolerancję na ludzkie zbiorowości? Być może. Fakt faktem, że wielkie miasta staramy się omijać szerokim łukiem. Urodziliśmy się na nie jakieś 30 lat za późno. Obejdziemy się bez fotki z krzywą wieżą w Pizie.
Jeśli rozumiecie (a raczej czujecie) o co mi chodzi i też chcecie poczuć trochę tej pierwotnej więzi z naturą, tej potężnej przestrzeni i ciszy - jedźcie w jedne z najstarszych gór na Ziemi – na Lofoty. Wydacie na to trochę pieniędzy. Ale pamiętajcie, że póki jesteście zdrowi – zarobicie kolejne. Odkujecie się. A przeżycia zostaną w Was na zawsze.  
Dzięki! Do następnego razu! Wasz Pando Coalo.


*A propos natury. Spytaliśmy Bjørna, czy warto przyjechać na Lofoty zimą, żeby pooglądać zorzę polarną. Odradził. Ponoć z tą zorzą to nie taka łatwa sprawa – niebo musi być odpowiednio bezchmurne, wiatr słoneczny silniejszy, niż zwykle… plus kilka innych sprzyjających kosmicznych okoliczności. Jeśli więc wybralibyście się tam na kilka dni, szansa na barwne show jest niewielka.
Ale podobno i w Gdańsku zorzę ostatnio widziano, więc Polacy nie gęsi…😉




























Komentarze

Popularne posty z tego bloga

MASKONURY

NORWEGIA