MASKONURY
MASKONURY
Czyli historia z dreszczykiem. Bo zimno było.
Czyli historia z dreszczykiem. Bo zimno było.
Dziś opowiem Wam o egzotycznej przygodzie
z bardzo bliskimi mi ptakami. Nie
będzie to opis upierzenia i rozmnażania rodem
z Wikipedii, bez obaw. Będzie to opowieść mistyczno-magiczna. Taka, jaką opowiedziałaby Czubówna, gdyby była zakonnicą.
z Wikipedii, bez obaw. Będzie to opowieść mistyczno-magiczna. Taka, jaką opowiedziałaby Czubówna, gdyby była zakonnicą.
Wakacje 2015r. Ciężki emocjonalnie sezon, dużo
stresów, Vilduś wygoniła mnie więc na koniec świata, żebym się pozbierał.
Wybrałem norweską wyspę Runde, niedaleko miasta
Aalesund, do którego szczęśliwie latają samoloty z Gdańska. Namiot,
polar, śpiwór, książki i oczywiście aparat. Ah! I nowiutkie buty do trekingu.
Ważny bohater tej opowieści.
Po transferze samolot-autobus-prom-autobus-autobus - znalazłem
się na „ptasiej wyspie”, słynącej z ogromnych kolonii maskonurów, głuptaków, mew,
wydrzyków, orłów, kruków, alek (czy alk?) i innego ptactwa. Idealne
miejsce na kontemplację i podziwianie dzikiej atlantyckiej przyrody.
Sama wyspa jest skromna – kilkadziesiąt drewnianych
domków i camping. W
pięćdziesięcioosobowym autobusie było nas dwóch – ja i kierowca. Z podniecenia kilka razy zmieniałem sobie miejsca. Po dotarciu rozbiłem namiot i
poszedłem do recepcji połączonej
z informacją turystyczną i sklepikiem. Melancholijna pani z góry założyła, że nie przyjechałem tutaj grać w golfa i bez jakichkolwiek oznak serdeczności wcisnęła mi mapkę wyspy. Chcąc przełamać polsko-norweskie lody, pełen ekscytacji na czekającą mnie przygodę, nawiązałem norwesko-angielski dialog. Wrył mi się w pamięć, więc przytaczam dosłownie:
z informacją turystyczną i sklepikiem. Melancholijna pani z góry założyła, że nie przyjechałem tutaj grać w golfa i bez jakichkolwiek oznak serdeczności wcisnęła mi mapkę wyspy. Chcąc przełamać polsko-norweskie lody, pełen ekscytacji na czekającą mnie przygodę, nawiązałem norwesko-angielski dialog. Wrył mi się w pamięć, więc przytaczam dosłownie:
-
Przepraszam, to te maskonury mogę dzisiaj spotkać, prawda?
- No nie.
- Jak
to? Pokazała mi pani na mapce, gdzie mieszkają…
- Ale
ich tam teraz nie ma.
- Oj! Jak
to? To gdzie są?
- Nad
oceanem.
- Aha. To
jednak nie da się ich na tym klifie zobaczyć?
- Musi
pan przyjść wieczorem.
- Aaaaa…
czyli że one wieczorem wracają znad tego oceanu?
- No tak…
(przewrót oczami)
- A o
której godzinie mogę je zobaczyć?
- Nie
wiem… dziewiętnasta, dwudziesta… Może dwudziesta druga…
- Czyli
około dziewiętnastej...
- Ale pewności
pan nie ma. Jak zechcą, to przylecą.
- No
dobrze. A rano też można je jakoś poobserwować?
- Raczej
nie. Już ich nie będzie.
- ???
- Bo one
wracają nad ocean. (podwójny przewrót oczami)
- Aaaa... o
której?
- Nie
wiem. Czwarta, piąta nad ranem. Ale w tym roku i tak pan ich raczej już w
ogóle nie zobaczy.
- ?!?!?!
- Jest
sierpień i prawie wszystkie już odleciały.
- Aha…
oj… yhh… No nic, dziękuję, spróbuję o tej dziewiętnastej…
Przyjechał gówniarz na Runde i nawet nie raczył dowiedzieć się wcześniej czegokolwiek na temat życia maskonurów. Wstyd! Czułem się jak uczeń, który zapomniał odrobić pracę domową. Moje poczucie żenady było proporcjonalne do poziomu jej irytacji.
Nic to.
Skoro już jestem, pójdę spróbować. Może mi się poszczęści.
Pamiętacie
moje buty do trekingu? W Norwegii okazały się o rozmiar za małe...
No kurczę,
znacie to uczucie – w sklepie super, wszystko pasuje, dwa palce z tyłu
wciśniesz, a potem czujesz, jakbyś miał stopę
w imadle. Poprzedniego dnia próbowałem je rozchodzić zwiedzając na piechotę całe Aalesund. Jedynym odczuwalnym efektem były olbrzymie i bolesne bąble. Nie było szans, żeby je znowu włożyć, a na boso w góry przecież nie pójdę. Musiałem więc ratować się jedyną rzeczą z plecaka, która (poza skarpetami) pasowała na moje stopy. I ostatnią, którą założylibyście na wspinaczkę. NIEŚMIERTELNYMI CROCSAMI!:) Ale nie tymi oryginalnymi z Galerii Bałtyckiej. Tylko takimi z Tesco za 8zł. No co?
w imadle. Poprzedniego dnia próbowałem je rozchodzić zwiedzając na piechotę całe Aalesund. Jedynym odczuwalnym efektem były olbrzymie i bolesne bąble. Nie było szans, żeby je znowu włożyć, a na boso w góry przecież nie pójdę. Musiałem więc ratować się jedyną rzeczą z plecaka, która (poza skarpetami) pasowała na moje stopy. I ostatnią, którą założylibyście na wspinaczkę. NIEŚMIERTELNYMI CROCSAMI!:) Ale nie tymi oryginalnymi z Galerii Bałtyckiej. Tylko takimi z Tesco za 8zł. No co?
Poniżej kompromitujące zdjęcie.
Przyznam,
że bezcenne były spojrzenia mijających mnie turystów w jaskrawych kurteczkach
Helly Hansen. W miarę, jak się do mnie zbliżali wyrazy ich twarzy zmieniały się
z „Hej, bracie turysto!”, na „Boże, jaki biedny dryblas w przemoczonych
skarpetkach.” Bo Runde to nie utarte górskie szlaki, tylko bagno za
kostki. Musiałem wyglądać dokładnie tak, jak ci turyści spod Giewontu, z siatką z
Biedronki i w szpilkach. A tak z nich szydziłem...
Przejdźmy
do samej wyspy. Jedna rzecz mnie ujęła. Na owej mapce, obok terenów ogólnodostępnych
i tych oznaczonych jako rezerwaty przyrody, znajdują się też „sanctuary”. Sanktuaria,
święte miejsca ptaków, których nie możesz skazić swoją stopą. Ani crocsem.
Z trudem doszedłem na skarpę maskonurów. Na Runde każdy gatunek ma swoje
osiedle. Głuptaki - skały po prawej, maskonury - klify po lewej, wydrzyki –
trawy poniżej, orły i kruki – całe niebo powyżej. I rozkrzyczane mewy - wszędzie, zwłaszcza pod moim namiotem o 4 nad ranem.
Poniżej - głuptaki.
A teraz
wyobraźcie sobie magię tego miejsca. Stoicie na zielonym klifie na skraju Europy. Przed Wami rozciąga się olbrzymia błękitna przestrzeń oceanu, a
najbliższy ląd w linii prostej to już tylko Wyspy Owcze i Islandia. Na
sąsiedniej wyspie kilka drewnianych domków, poza tym w zasięgu wzroku żadnych więcej oznak cywilizacji. Obok Was stoi jakieś 8 osób i wszyscy jak idioci
wpatrujecie się w wodę, czekając z aparatami na przylot maskonurów, których
prawdopodobnie i tak już tam nie ma, bo odleciały na zimę. Wymieniacie się uśmiechami, spojrzeniami,
ale nikt z nikim nie rozmawia. Ludzka cisza. A czas płynie...
Sanktuarium. Ptasi kościół. Intymne miejsce spotkań. W pełnym skupieniu patrzycie na to Dzieło Boże w nadziei, że przyśle Wam trochę swoich „mnichów”. Bo maskonury to po łacinie
„fratercula arctica”- „arktyczny braciszek”. Nikt nie
patrzy na zegarek, czekając ogłoszeń i nikt nie wygłasza kazań… Mija godzina,
dwie… trzy… jest 22:00… Braciszkowie nie nadlatują. A ty, co dziwne, nie
czujesz rozczarowania. A właśnie oczarowany patrzysz na tę pustą scenę bez głównych aktorów. Chłoniesz Naturę
z każdym wdechem, cierpliwie czekając na to, co Ci przyniesie. Albo i nie. Stoisz przemarznięty, próbując stać się częścią tej nieśpieszności. Jedno z moich najpiękniejszych duchowych przeżyć. Polecam.
z każdym wdechem, cierpliwie czekając na to, co Ci przyniesie. Albo i nie. Stoisz przemarznięty, próbując stać się częścią tej nieśpieszności. Jedno z moich najpiękniejszych duchowych przeżyć. Polecam.
Wróciłem
do namiotu. Jutro druga szansa i kolejne nabożeństwo. Może ktoś się jednak pojawi.
Następnego
wieczoru jest nas trochę więcej. Jakieś 10 osób. Istny tłum. Obok mnie stoi
Polak z obiektywem długości mojej nogi. Ze swoimi 200mm Canona czuję się jak impotent.
Czekamy.
.......
......
- Aaa..aaa.aaaa..kaaa...kuaaaa
......
......
(Chciałem jakoś fajnie zapisać krzyk mewy z oddali, co metaforycznie oddałoby wrażenie upływającego czasu... ale chyba mi nie wyszło...)
W końcu po
jakichś dwóch bezczynnych godzinach - poruszenie. Czegoś takiego chyba nie
widzieliście. Cała kilkuosobowa grupa dorosłych ludzi zaczyna poruszać się w zwolnionym tempie.
Widok jak z Matrixa. Albo z warsztatów u Grotowskiego. Dorośli ludzie wprawiają
ciała w dziwne ruchy…J Widocznie coś się pojawiło. Coś, czego
nie można spłoszyć. Podchodzę (a raczej sunę) bliżej, wychylam się za skarpę i
już widzę. Maleńki, czerwonodzioby maskonur wypina pierś w stronę oceanu,
kompletnie ignorując paparazzich. Był
piękny. Zaskakująco mały i śmiały. Porozglądał się chwilę, po czym
błyskawicznie rzucił się głową
w dół, głośno trzepocząc krótkimi skrzydłami… I tyleśmy go widzieli. Udało mi się zrobić zaledwie dwa nieostre zdjęcia. Jak je zobaczyłem - chciałem stęknąć niepocieszony, ale za plecami usłyszałem stęknięcie z jeszcze większym niepocieszeniem. Polak
z olbrzymią lunetą nawet nie przycisnął spustu migawki. Odległość do ptaszka była za mała na jego obiektyw. Złośliwe poczucie tryumfu przypomniało mi, żem prawdziwym zawistnym Polakiem:D
w dół, głośno trzepocząc krótkimi skrzydłami… I tyleśmy go widzieli. Udało mi się zrobić zaledwie dwa nieostre zdjęcia. Jak je zobaczyłem - chciałem stęknąć niepocieszony, ale za plecami usłyszałem stęknięcie z jeszcze większym niepocieszeniem. Polak
z olbrzymią lunetą nawet nie przycisnął spustu migawki. Odległość do ptaszka była za mała na jego obiektyw. Złośliwe poczucie tryumfu przypomniało mi, żem prawdziwym zawistnym Polakiem:D
Swojego
fotomodela nazwałem Kevin. Na cześć polsatowskiego bohatera, który też został w
domu, gdy wszyscy już odlecieli...
Owe dwa zdjęcia poniżej:)
Taka historia. Dla mnie magiczna i poruszająca. Piękny czas wypełniony samotnością, duchowością i radością. Na Runde wróciłem w tym roku z Vilduśką. Chciałem jej pokazać „,moją wyspę”, a ona też się w niej rozkochała. Tym razem wybraliśmy czerwiec - przecudnych maskonurów było zatem zdecydowanie więcej. Czy któryś z nich to Kevin? A nie wiemJ
Owe dwa zdjęcia poniżej:)
Taka historia. Dla mnie magiczna i poruszająca. Piękny czas wypełniony samotnością, duchowością i radością. Na Runde wróciłem w tym roku z Vilduśką. Chciałem jej pokazać „,moją wyspę”, a ona też się w niej rozkochała. Tym razem wybraliśmy czerwiec - przecudnych maskonurów było zatem zdecydowanie więcej. Czy któryś z nich to Kevin? A nie wiemJ
Poniższe
zdjęcia pochodzą z tegorocznej wyprawy. Dajcie znać, jeśli chcecie nowego posta o
samych maskonurach i ich naprawdę ciekawym życiu (np. dlaczego wcierają w siebie wydzielinę z pupy i co robi samiec, gdy żona wróci z emigracji, a on już znalazł sobie kochankę. Prawdziwe ptasie Trudne Sprawy).
Wasza przełożona siostra Krystyna:*
Wasza przełożona siostra Krystyna:*
Komentarze
Prześlij komentarz